Świadectwo odnowy wiary

Pragnę podzielić się wielką radością, gdyż od momentu pojawienia się w naszej parafii Mszy Świętych z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie, coraz więcej nadsyłanych jest świadectw cudów, oraz uzdrowień jakie Bóg dokonuje wśród ludzi. Będą sukcesywnie publikowane na stronie www.mocducha.pl 

Poniżej zachęcam do lektury świadectwa dotyczącego odnowy osobistej relacji z Bogiem. Ks. Paweł

 

Chodz…  pokaze Ci Boga.  

(Czyli sprawozdanie z pewnej histori, która trwa)

Wstęp.

Na początku chciałbym z całego serca przeprosic za popełnienie tej wypociny. Zakladam, że z jako taką literaturą nie ma i nigdy nie będzie miala ona zbyt wiele wspólnego (może jedynie to, że posługuję się literami). Jeżeli uda się komuś dobrnąć do końca , będzie to swiadectwem jego znacznej cierpliwości.

Norma.

Byłem jak wszyscy –  normalny,  ochrzczony i zazwyczaj nieuczesany.  Chodziłem do Kościoła, nie piłem, nie paliłem i… myślałem, że wierzyłem. Znałem na pamięć tabliczkę mnożenia, czas gotowania jajek na miękko, dziesięć przykazań, symbole kilku pierwiastków chemicznych i nawet aktualną cenę litra gazu lpg. I byłem faryzeuszem – nie miałem się nigdy za jakiegoś nadczłowieka ale zawsze uważałem, ze są gorsi ludzie ode mnie.  Klękałem na kolana, mówiłem „paciorek”  i z dyni.  Bóg był sobie jakimś kosmicznym, umarłym wymiarem sprawiedliwości, w Ktorego wierzylem… ale tak całkiem po ludzku. Czyli jakis „czarodziej” gdzies za chmurami, tak daleko,  ze po śmierci może wyda dopiero jakiś werdykt o moim całym dorobku moralnym… I chodziłem sobie radośnie, byłem miły i uczynny (i to dobrze) ale chyba dlatego, że tak trzeba,  bo rodzice i dziadkowie tak uczyli. Miewałem dziwne wątpliwości przed spowiedzią, koszmary robiące z wizerunku Jezusa lub Maryi jakieś maszkarony i dziwne wzruszenie kiedy słyszałem pieśni do Ducha Świętego. Niby było ok… tylko chyba bardziej wierzyłem w pełny Krzyż z Wielkiego Piątku,  niż w ten wazniejszy z Niedzieli Wielkanocnej.  Dalej praktykowałem sobie wyuczone rytuały ( niedzielny Kosciolek,  obiadek, prysznic, paciorek itd)  i… spałem z otwartymi oczami podczas cudu Eucharystii. I chyba nic by mnie nie ruszyło. Owszem w pewnych okolicznościach nie dawałem sobie rady (choroby  bliskich)  wiec „odgrywalem partyjki”  różańca, koronek i innych modlitw, które wszyscy znamy… wlazł kotek na płotek tez wszyscy znamy.  

… aż tu nagle mały figiel.

Przebudzenie.

Otóż upomniał się o mnie niejaki Pan Bóg (ten sam,  którego asekuracyjnie wystrzeliłem w kosmos na rakiecie wykonanej z  Drzewa Krzyża Świętego). Zaczęło się od knock-downu kiedy okazało się, że mój brat jest chory. Niestety nie chodziło tu o grypę, czy katarek ale jakieś onkologiczne świństwo, którego nazwy nie chcę już nawet pamiętać. Nie było za wesoło, wszyscy byliśmy się, że może nie podołać i przegrać z chorobą. To była pierońsko-ciężka lekcja pokory. Byłem twardy (taka maska, że terminator wymięka) i robiłem wszystko żeby Mama i Tata nie płakali…a w nocy brałem różaniec i zasypiałem z nim nieraz w potokach bezsilnych łez i poczuciu całkowitej rozpaczy. Nie wiem już dziś sam jak rozumieć tamtą modlitwę skoro traktowałem Boga jak dobrą wróżkę lub automat na żetony zrobione z różańca. Nie wiem nawet jak On to odbierał… ale wiem,  że gdzieś tam w tym wszystkim BYŁ.

Pęcherz.

Zabrzmi to dziwnie ale coraz częściej i na coraz dłużej zaczynałem dołączać się od siebie samego. Znaczy się byłem tam gdzie być  powinienem i musiałem, a jednocześnie myślami uciekałem w dziwną przestrzeń. Znałem kiedyś to miejsce –  to jest taka przestrzeń, w której jest też ten głos, który „czyta na głos” tekst wtedy kiedy czytasz coś po cichu. Nazwałem to środowisko pęcherzem,  ponieważ modlac się tym „glosem od niemego czytania” znalazłem dziwny spokój i sposób na wysprzęglenie sie spod nacisku problemów.  Jasne, że dalej różne rzeczy mnie wkurzały ale modląc się, stawałem się łagodniejszy i bardziej wyrozumiały.

Szok.

Raz jakoś w listopadzie dowiedziałem się o ciekawym widowisku (bo tak to w pierwszej chwili potraktowałem –  za co serdecznie przepraszam). W mojej parafii miała się odbyć Msza z modlitwą o uzdrowienie i uwolnienie. Ciekawostka – moja ciocia brała kiedyś w czymś takim udział i była zachwycona (nie wiedziałem dlaczego) Stwierdziłem, że sprawdzę  o co tu chodzi. Tak… potraktowałem to bez mała jak seans w kinie. Na początku było jak zwykle – w tym wypadku trzech księży, ten sam Ołtarz,  ten sam organista itd… Niby Msza jak Msza… I niby nic niezwykłego się nie dzieje.  Skorupa pękła –  jak to kurde nic?!  Przecież to jest naoczny, najprawdziwszy CUD!  Podczas podniesienia mój wzrok dziwnie ogniskował się na kielichu i patenie,  kolory się lekko rozmywały,  a sama postać kapłana wydawała się jakby dostająca od całego świata (mniej więcej tak jak obrazy w telewizorze 3D). Pomrugałem,  popatrzylem na boki i niby normalne kolory wróciły. Po chwili to przeostrzenie obrazu wróciło i pozostało bez mała do końca Mszy.  Podczas wystawienia Najświętszego Sakramentu, kapłan błogosławił ludzi oprowadzając Jezusa w monstrancji po calej hali Kościoła. Hostia miałem wrażenie, że migotała jakby biło z niej światło. Ludzie płakali i wyciagali ręce… ja też.  Na koniec było błogosławieństwo z włożeniem rąk  na głowy wiernych… kosmos –  ludzie mdleli, a ja podczas błogosławieństwa czułem dziwne ciepło i niesamowity spokój z poczuciem pełnego bezpieczeństwa.  Sam się nie wywróciłem… poszedłem do ławki i coś do mnie dotarło.

Wnioski i spostrzeżenia :

Bóg zyje i jest prawdziwy, czy Ci sie to podoba i akceptujesz to,  czy nie. Bóg nie chce być schowany na dnie Twojej duszy… On chce tą duszę rozwijać i prowadzić do siebie. Byłem niby wierzący, praktykujacy i zupełnie ślepy. Poczułem obecność… i wierzę… i trzymajcie kciuki żebym tego nie spaprał.  

Mariusz